Na kajakowym szlaku… bez kajaka

Początek lat 90 w turystyce kajakowej wyglądał zupełnie inaczej niż w chwili obecnej. Z uprawiania tej formy rekreacji znane były tylko północne rejony Polski, przede wszystkim Mazury. W mojej okolicy nie działała, żadna wypożyczalnia kajaków. Jakieś kajaki miał miejscowy MOSIR, ale ja chciałem pływać po wodzie, a nie pod wodą, czego tamte łódki absolutnie nie mogły gwarantować. Poza tym nie tak bardzo chodziło o kajaki jak o samą przygodę, więc na początek musiał wystarczyć radziecki ponton, pożyczony od wujka.

Wyruszyliśmy we dwójkę choć dotąd nie wiem jak zmieściliśmy się do tej łupinki. Po drodze zaliczyliśmy dwie wywrotki, zgubiliśmy buty i namiot, nocowaliśmy pod mostem pijąc wino z miłymi panami, którzy właśnie opuścili… pobliskie więzienie, jednym słowem zdobywaliśmy pierwsze wodniackie szlify. To wtedy dowiedzieliśmy się między innymi, czym jest odwój i dlaczego nie spływa się przez sztuczne progi. Spływ pontonem różni się od spływu kajakowego zasadniczo. Ani tym przyspieszyć, ani sterować, ot, dryfujesz sobie zdając się na mądrość nurtu. Ważne jednak, że płynęliśmy, poznawaliśmy rzekę i łykaliśmy bakcyla, a z każdym łykiem narastało w nas przekonanie, że oto otwiera się przed nami nowy świat.

Spływy pontonowe powtórzyłem jeszcze kilkukrotnie. Potem pomyślałem o większej jednostce. Pierwsza próba okazała się porażką. Nabyłem drogą kupna zdezelowany rower wodny myśląc o budowie czegoś w rodzaju katamaranu, jednak pływaki były tak skorodowane, że nie udało się ich uratować i mój liniowiec powędrował na złom. Nauczony tym doświadczeniem postanowiłem wykorzystać budulec bardziej odporny na rdzę, czyli plastik.

Przez zimę zbierałem plastikowe butelki typu PET, do czego zaangażowałem całą rodzinę i wszystkich znajomych. Wiosną przystąpiliśmy do prac inżynieryjnych. 670 pustych, dokładnie zakręconych butelek upchaliśmy w 12 jutowych worach. Wory przymocowaliśmy przy pomocy takera tapicerskiego do pokładu z płyt szalunkowych OSB. Od dołu opasaliśmy wszystko plastikową siatką, zaś górę wymośliliśmy pięknie starymi karimatami. Pokład miał wymiary 2 na 3 metry, co oznaczało, że wygodnie mieścił trzech załogantów i bagaże.

Na dziewiczy rejs wybraliśmy Nidę, piękną rzekę w województwie świętokrzyskim. Nasz krążownik nazywał się Sokół Milenium i był najwolniejszą krypą w całej galaktyce, ale nam to nie przeszkadzało. Kajaki może są szybkie i sterowne, ale bardzo trudno wydalić na nich na stojąco nadmiar płynu produkowanego w nerkach, co na naszym stabilnym pływadle było dziecinną igraszką. Po wielu dniach mozolnego dryfu Nida została zaliczona. Niestety z powodu kłopotów z transportem  tak wielkiej krypy i rozpoczętych studiów, pierwszy rejs Sokoła Milenium był jednocześnie ostatnim.

Tagi:
 
specweb